Niewidzialna armia. Część I: Kto pilnuje storczyków

dnia

Kto pilnuje storczyków? Niewidzialni sprzymierzeńcy domowej kolekcji

Na liściu ćmówki wisi niewielka saszetka. Wygląda niepozornie, trochę jak torebka herbaty, którą ktoś przez pomyłkę zawiesił na roślinie zamiast wrzucić do filiżanki. Nie pachnie, nie świeci i nie wydaje żadnych wojennych odgłosów. A jednak w środku trwa hodowla. Są tam mikroskopijni drapieżcy, ich pokarm oraz materiał tworzący dla nich odpowiednie środowisko. Jedne osobniki żerują, inne dojrzewają, kolejne opuszczają saszetkę przez przygotowany otwór i ruszają na roślinę. Nie otrzymaliśmy więc porcji proszku ani środka, który należy rozpuścić w wodzie. Dostaliśmy maleńki, działający układ biologiczny. Jego mieszkańcy nie wiedzą, że kosztowna ćmówka pochodzi z Tajwanu, jej kwiaty pachną, a właściciel czekał na nią pół roku. Nie znają też wartości kolekcji ani planu ochrony. Muszą znaleźć pokarm i trafić na warunki, w których przeżyją. Jeżeli im to zapewnimy, mogą wykonać niezwykłą pracę. Jeżeli nie, zamiast armii otrzymamy grupę zagubionych najemników, którym nie pokazano ani przeciwnika, ani pola bitwy. Tak zaczyna się biologiczna ochrona storczyków.

Nie tylko „dobre robaczki”

Najprostsza definicja ochrony biologicznej brzmi niemal idyllicznie: wykorzystujemy naturalnych wrogów szkodników, aby ograniczyć ich liczebność. Sprowadzamy kogoś, kto napastnika znajdzie, zaatakuje albo wykorzysta jako pokarm dla własnego potomstwa. Pod tym spokojnym opisem kryją się bardzo różne strategie. Drapieżnik w ciągu życia poluje na wiele ofiar i je zabija. Tak działają między innymi dobroczynki polujące na przędziorki, larwy złotooków chwytające drobne owady czy biedronki zjadające wełnowce i tarczniki. Parazytoid prowadzi zupełnie inną grę. Najczęściej jest nim niewielka błonkówka, której samica składa jajo na ciele gospodarza, pod jego osłoną albo wewnątrz niego. Larwa rozwija się kosztem żywego szkodnika i ostatecznie go zabija. W przeciwieństwie do typowego pasożyta nie jest zainteresowana długim życiem gospodarza. Ten staje się dziecięcym pokojem z pełnym wyżywieniem, choć może mieć do tego planu pewne zastrzeżenia. Są jeszcze nicienie entomopatogeniczne, mikroskopijne zwierzęta poszukujące larw owadów w wilgotnym podłożu. Po wejściu do ciała gospodarza uwalniają współpracujące z nimi bakterie. Nicienie i bakterie działają jak biologiczny zespół: wspólnie doprowadzają do śmierci ofiary i tworzą warunki do rozmnażania kolejnych pokoleń nicieni. Nie wszystko, co chroni roślinę, jest więc owadem. Przędziorki są roztoczami, a nie owadami. Dobroczynki również są roztoczami. Jedne należą do szkodników, drugie do ich naturalnych wrogów. Owadem jest biedronka, błonkówka, złotook czy dziubałeczek. Nicienie natomiast stanowią zupełnie odrębną grupę zwierząt. Określenie „pożyteczne robaczki” jest sympatyczne, ale biologicznie pojemne jak szuflada, do której wrzuca się śrubokręt, termometr i zapasowe baterie, ponieważ wszystkie są niewielkie i kiedyś mogą się przydać.

Dorosły brązowy wciornastek o wąskich, frędzlastych skrzydłach na zielonym liściu Phalaenopsis.
Dorosły wciornastek na liściu Phalaenopsis. Wąskie ciało i skrzydła obrzeżone długimi szczecinkami pozwalają mu przeciskać się w miejsca, do których większy drapieżnik może nie dotrzeć. Ilustracja autorska AI.

Patrol i oddział szturmowy

W biologicznej ochronie często mówi się o organizmach stosowanych profilaktycznie i interwencyjnie. To bardzo użyteczny podział, dopóki nie zaczniemy traktować go jak sztywnej klasyfikacji zwierząt. Patrol i interwencja opisują przede wszystkim sposób użycia organizmów pożytecznych. Ten sam gatunek może się znaleźć po obu stronach tego praktycznego podziału. Patrol wprowadzamy bardzo wcześnie: gdy ryzyko pojawienia się szkodnika jest realne, monitoring wykazał pierwsze pojedyncze osobniki albo wybrany drapieżca potrafi przez pewien czas korzystać z pyłku lub pokarmu zastępczego. Może to być okres po zakupie nowych roślin, sezon sprzyjający przędziorkom albo kolekcja, w której wcześniej występowały wciornastki. Profilaktyka nie oznacza więc działania zupełnie w ciemno. Oznacza próbę niedopuszczenia, aby kilka niezauważonych osobników zmieniło się w trudną do opanowania populację. Interwencja rozpoczyna się po potwierdzeniu obecności szkodnika. Nie powinna jednak oznaczać czekania, aż liście zmienią się w srebrzyste pobojowisko. Najlepszym momentem na wprowadzenie wielu naturalnych wrogów jest pierwsze rozpoznane ognisko, kiedy mają już co jeść, ale ich przeciwnik nie zdążył jeszcze opanować całej kolekcji. Przy dużej inwazji jedna introdukcja może nie wystarczyć. Czasem trzeba również połączyć organizmy atakujące różne stadia szkodnika. Nadal nie oznacza to, że wystarczy kupić największe opakowanie i rozsypać jego zawartość z rozmachem godnym siewcy zboża. Dwa tysiące niewłaściwie dobranych łowców nie naprawi błędnej diagnozy. Dobrym przykładem są dwa dobroczynki używane przeciw przędziorkom z rodzaju Tetranychus. Phytoseiulus persimilis jest z nimi silnie związany. To wyspecjalizowany i niezwykle skuteczny łowca, który potrafi poruszać się w ich pajęczynie, lecz po wyczerpaniu właściwych ofiar traci podstawę utrzymania swojej populacji. Neoseiulus californicus może przeżyć dłużej przy niewielkiej liczbie przędziorków i korzystać również z pokarmu zastępczego. Dlatego częściej wykorzystuje się go w programach zapobiegawczych. Także on najpewniej osiedla się jednak tam, gdzie choćby nieliczne ofiary są już obecne. W praktyce Phytoseiulus persimilis warto wprowadzić już przy pierwszym potwierdzonym ognisku, a Neoseiulus californicus może także pomagać w zwalczaniu trwającej inwazji. O tym, gdzie przebiega granica między patrolem a interwencją, decyduje nie tylko gatunek sprzymierzeńca, lecz także zastosowana dawka, sposób podania, nasilenie inwazji oraz warunki uprawy.

Dorosły przędziorek chmielowiec na liściu Phalaenopsis, obok kulistych jaj i delikatnych nici pajęczyny.
Przędziorek chmielowiec (Tetranychus urticae) jest roztoczem, nie owadem. Delikatna pajęczyna ułatwia mu ochronę kolonii, a wyspecjalizowanemu dobroczynkowi Phytoseiulus persimilis nie przeszkadza w prowadzeniu polowania. Ilustracja autorska AI.

Życie zamknięte w saszetce

Saszetki z dobroczynkami są jednym z najbardziej pomysłowych narzędzi biologicznej ochrony. W wielu z nich działa niewielki system hodowlany. Oprócz drapieżników znajduje się tam pokarm, często w postaci roztoczy nieszkodliwych dla roślin, oraz materiał pomagający utrzymać właściwy mikroklimat. Drapieżniki rozmnażają się wewnątrz, a kolejne osobniki stopniowo wychodzą na roślinę. Dlatego nie należy rozcinać opakowania ani wykonywać w nim dodatkowych dziur, jeśli producent tego nie zaleca. Saszetka ma już wyjście. Rozprucie jej dla dobra mieszkańców przypominałoby pomoc pisklęciu przez rozebranie budki lęgowej na deski. Badania nad saszetkami zawierającymi Neoseiulus cucumeris pokazały jeszcze jedną zaletę takiej konstrukcji. Opakowanie może częściowo chronić hodowlę przed innymi drapieżnikami. W doświadczeniu chrząszcz Dalotia coriaria, również używany w ochronie biologicznej, zjadał więcej dobroczynków wtedy, gdy miał łatwy dostęp do odsłoniętego materiału hodowlanego. Nasi sprzymierzeńcy nie podpisują traktatu o wzajemnej nieagresji tylko dlatego, że zamówiliśmy ich z tej samej strony internetowej. To, jak długo i jak skutecznie działa saszetka, zależy między innymi od gatunku drapieżnika, konstrukcji produktu, pokarmu hodowlanego, temperatury i wilgotności. Producenci deklarują zwykle emisję trwającą kilka tygodni, lecz nie jest to gwarancja identycznego działania w suchym mieszkaniu. Bezpośrednie słońce, niska wilgotność i niewłaściwe przechowywanie mogą ten czas skrócić. W badaniach nad Amblyseius swirskii wilgotność wpływała na wysychanie zawartości saszetek, liczebność organizmów stanowiących pokarm oraz rozwój samego drapieżnika. Saszetka nie zawsze oznacza profilaktykę. Istnieją również saszetki hodowlane zawierające Phytoseiulus persimilis, przeznaczone do rozmieszczania w ogniskach przędziorków i wokół nich. O strategii nie rozstrzyga więc sam kształt opakowania.

Dom nie jest małą szklarnią

Większość organizmów pożytecznych opracowano i przebadano z myślą o produkcji profesjonalnej. W szklarni tysiące roślin stoją blisko siebie, tworząc niemal ciągły krajobraz liści. Temperatura i wilgotność są kontrolowane, a populacje szkodników regularnie monitorowane. Drapieżniki mogą przemieszczać się z rośliny na roślinę, znajdując kolejne ofiary. Wyniki takich doświadczeń pokazują możliwości danego gatunku, lecz ich przeniesienie do mieszkania pozostaje ostrożną ekstrapolacją, a nie obietnicą identycznego rezultatu. Trzydzieści storczyków w mieszkaniu może zajmować kilka parapetów, regał, namiot uprawowy i duże akwarium. Dwie rośliny stoją obok siebie, następne dzieli korytarz, a jeszcze inne mieszkają w pokoju, do którego dobroczynek musiałby udać się pieszo, zachowując przy tym orientację w terenie. Mikroklimat również bywa bardzo zróżnicowany. Przy szybie nocą robi się chłodniej. Nad kaloryferem powietrze jest suche. Wilgotność mierzona higrometrem kilkadziesiąt centymetrów od rośliny nie musi odpowiadać wilgotności tuż przy powierzchni liścia. Kora w przewiewnej doniczce może przesychać szybko, co ma ogromne znaczenie dla organizmów żyjących w podłożu. Różni się także sama konstrukcja roślin. Rozłożyste liście Phalaenopsis nie tworzą tak zwartego łanu jak uprawa ogórka, papryki czy truskawki. Dla maleńkiego drapieżnika każdy odstęp między doniczkami może być przeszkodą, której nie zdoła pokonać. Oddzielone rośliny lub grupy roślin mogą zatem wymagać własnych punktów introdukcji. Szczególnie interesujące są wyniki badań prowadzonych bezpośrednio na Phalaenopsis. W trzyletnim projekcie Wageningen University & Research sprawdzano naturalnych wrogów inwazyjnych wciornastków. Niektóre drapieżne roztocze oraz pluskwiaki Orius bardzo dobrze ograniczały wciornastka Dichromothrips corbetti. Jednocześnie utrzymanie stabilnych populacji części sprzymierzeńców na roślinach okazało się trudne. Znakomity łowca nie zawsze potrafi zadomowić się w konkretnej uprawie. Może znajdować ofiary, a jednak z czasem się rozproszyć albo rozmnażać zbyt wolno. Bywa też, że dobrze utrzymuje się na roślinie, lecz nie ogranicza szkodnika tak skutecznie, jak oczekiwaliśmy. O skuteczności nie decyduje więc sama żarłoczność drapieżnika, ale cały układ warunków w uprawie.

Zanim sprowadzimy armię, trzeba wskazać przeciwnika

Ślad żerowania nie zawsze pozwala rozpoznać sprawcę. Srebrzysty liść może wzbudzić podejrzenie przędziorków, ale sam wygląd uszkodzenia nie przesądza, że mamy do czynienia z Tetranychus urticae. Nie mówi również, czy szkodnik nadal znajduje się na roślinie. Na mieszańcach Phalaenopsis importowanych do Polski opisano między innymi Tenuipalpus pacificus, jednego z płaskoszy, czyli roztoczy określanych po angielsku jako „false spider mites”. Roztocze te nie produkują typowej pajęczynki, a ich żerowanie może pozostawiać srebrzyste, później rdzawobrunatne uszkodzenia. Drapieżnik wyspecjalizowany w polowaniu na Tetranychus nie będzie automatycznie skuteczny przeciw każdemu stworzeniu pozostawiającemu podobne ślady. Nie ma dziś mocnych podstaw, aby przedstawiać typowe handlowe dobroczynki jako pewne rozwiązanie przeciw Tenuipalpus pacificus na Phalaenopsis w mieszkaniu.

Drobne kuliste jaja przędziorka wzdłuż nerwu liścia Phalaenopsis oraz większa od nich świeżo wykluta larwa.
Kuliste jaja przędziorka mają około 0,10–0,14 mm średnicy. Świeżo wykluta larwa jest od nich wyraźnie dłuższa i, w odróżnieniu od późniejszych stadiów, ma tylko sześć nóg. Ilustracja autorska AI.

Podobnie jest z wełnowcami, tarcznikami i misecznikami. Dla nas wszystkie mogą wyglądać jak biały kłaczek albo podejrzana brązowa wypukłość. Dla parazytoida różnica między gatunkami oznacza jednak różnicę między odpowiednim gospodarzem a stworzeniem, którego nie potrafi wykorzystać.

Dorosły wełnowiec i młodsze osobniki ukryte w kącie mięsistych liści Phalaenopsis.
Wełnowce kryją się w kątach liści, pod zaschniętymi łuskami i w innych trudno dostępnych miejscach. Biała, woskowa osłona chroni ich ciało, a obecność młodych osobników świadczy o rozwijającej się kolonii. Ilustracja autorska AI.

Niekiedy drapieżnik zjada określonego szkodnika podczas doświadczenia laboratoryjnego, lecz mimo to nie zapewnia skutecznej ochrony roślin w szklarni. Umiejętność spożycia obiadu podanego na niewielkiej arenie nie dowodzi jeszcze zdolności odnalezienia wszystkich obiadów rozstawionych wśród trzydziestu doniczek. Odwrócenie kolejności rozpoznania i leczenia prowadzi do operacji bardzo ekologicznej, lecz równie spektakularnie nieskutecznej.

Czy pożyteczne znaczy bezpieczne?

W mieszkaniu największą zaletą biologicznej ochrony jest możliwość ograniczenia oprysków wykonywanych w pobliżu ludzi i zwierząt. Nie pozostawia ona typowych pozostałości chemicznych i wykorzystuje organizmy dobrane do określonych ofiar. Naturalny wróg szkodnika nadal jest jednak żywym organizmem, a materiał w saszetce lub butelce może pylić. U osób zawodowo narażonych na długotrwały kontakt z ogromną liczbą roztoczy wykorzystywanych w ochronie biologicznej opisano reakcje alergiczne. Nie oznacza to, że hobbysta zawieszający kilka saszetek jest narażony tak samo jak pracownik szklarni. Rozsądnie jest jednak unikać wdychania pyłu z nośnika, nie rozsypywać zawartości bez potrzeby i przestrzegać instrukcji, zwłaszcza przy alergii lub astmie. Trzeba również pamiętać o opryskach. Środek zabijający szkodliwe roztocze może zabić także drapieżne. Dotyczy to nie tylko klasycznych pestycydów, lecz również części preparatów olejowych i mydeł kontaktowych. Określenia „naturalny” i „ekologiczny” nie znaczą automatycznie „bezpieczny dla dobroczynków”. W doświadczeniu na szkodnikach storczyków mieszanina oleju ogrodniczego z adiuwantem Silwet powodowała wysoką śmiertelność nie tylko szkodników, lecz także dwóch badanych gatunków drapieżnych roztoczy. Czas oczekiwania po oprysku trzeba sprawdzić dla użytego preparatu i wybranego organizmu. Znaczenie ma jego stężenie, sposób zastosowania i termin zabiegu. Przed zakupem żywych organizmów trzeba więc wiedzieć, czym i kiedy opryskiwano rośliny, a następnie sprawdzić zgodność preparatu z planowaną ochroną biologiczną. Oprysk kolekcji, a następnego dnia introdukcja dobroczynków, może zakończyć cały program, zanim zdąży się rozpocząć.

Skąd wiadomo, że to działa?

Stare uszkodzenie liścia nie zniknie. Srebrzenie pozostanie srebrne, blizna nie odzyska zielonej tkanki, a pusta tarczka martwego szkodnika może nadal przylegać do rośliny. Skuteczności nie ocenia się więc wyłącznie na podstawie wyglądu starego liścia.

Liść Phalaenopsis z jasnym punktowym odbarwieniem, srebrzeniem, brunatnymi uszkodzeniami i delikatną pajęczynką przędziorków.
Żerowanie przędziorków pozostawia tysiące jasnych punktów, które z czasem łączą się w srebrzyste i brunatne powierzchnie. Uszkodzona tkanka nie odzyska zielonego koloru, dlatego skuteczność zwalczania ocenia się po braku nowych śladów. Ilustracja autorska AI.

Trzeba obserwować, czy przybywa żywych szkodników, czy powstają nowe ogniska i czy świeże liście wykazują nowe ślady żerowania. Co najmniej raz w tygodniu warto oglądać zawsze porównywalne miejsca: spody liści, nasady, zagłębienia przy nerwach, pąki i młode przyrosty. Przy bardzo małych organizmach potrzebna będzie lupa, niedrogi mikroskop cyfrowy albo test białej kartki, nad którą delikatnie potrząsa się liściem. Tablice lepowe pomagają wykrywać latające wciornastki, mączliki i ziemiórki, ale nie pozwalają wiarygodnie oceniać liczebności roztoczy żerujących na roślinie. Nie zawsze zobaczymy samych sprzymierzeńców. Możemy natomiast znaleźć ślady ich działania. Po wyjściu dorosłego parazytoida w osłonie tarcznika pozostaje charakterystyczny otwór. Porażona mszyca zmienia się w mumię. Liczba młodych larw wciornastka przestaje rosnąć. Nowe liście rozwijają się bez kolejnych uszkodzeń. Sukcesem nie musi być natychmiastowa sterylność. W biologicznej ochronie chodzi najczęściej o sprowadzenie populacji szkodnika do poziomu, przy którym nie powoduje istotnych szkód, a następnie o utrzymanie jej pod kontrolą. Nie oznacza to biernego czekania. Jeżeli przybywa żywych szkodników i nowych ognisk, a rośliny nadal tracą tkankę, program wymaga zmiany. Przyczyną może być zbyt mała liczba drapieżników, nieodpowiednie warunki albo pozostałości wcześniejszego oprysku. Czasami na roślinę trafił po prostu łowca wyspecjalizowany w polowaniu na zupełnie inną ofiarę.

Kolekcja jako mapa

W domowej ochronie biologicznej pierwszym narzędziem nie musi być saszetka. Może nim być kartka papieru. Warto podzielić kolekcję na grupy według miejsca, w którym stoją rośliny. Zaznaczyć nowe zakupy, okazy z objawami oraz doniczki mające z nimi kontakt. Zanotować wcześniejsze zabiegi i daty obserwacji. Dzięki temu zamiast nieokreślonego „chyba coś mam” powstaje mapa. Na niej można zaplanować introdukcję. Jeśli problem dotyczy jednego parapetu, nie ma powodu rozsypywać specjalistycznego drapieżnika w pokoju po drugiej stronie domu. Jeżeli szkodnik pojawił się w kilku oddalonych grupach roślin, każda z nich staje się osobną wyspą wymagającą własnego planu. Przy organizmach latających odległość może mieć mniejsze znaczenie, lecz wtedy pojawia się inny problem: sprzymierzeniec może uznać, że najbardziej interesującą częścią mieszkania jest okno. Trzydzieści storczyków to z jednej strony kolekcja wystarczająco cenna, aby zakup profesjonalnego preparatu miał ekonomiczny sens. Z drugiej strony nadal jest to układ niewielki, rozproszony i bardzo odmienny od szklarni, dla której opracowano dawkowanie na metr kwadratowy. Liczbę saszetek lub wypuszczanych osobników trzeba dobrać według instrukcji konkretnego produktu, rodzaju i liczebności szkodnika oraz rozmieszczenia roślin. Rozmowa z dostawcą będzie tu ważniejsza niż najbardziej stanowczy komentarz w mediach społecznościowych. Skuteczność ochrony biologicznej zależy najpierw od prawidłowego rozpoznania szkodnika, a dopiero potem od wyboru jego naturalnego wroga.

Kto naprawdę pilnuje storczyków?

Żaden dobroczynek, nicień ani parazytoid nie ochroni kolekcji sam. Naprawdę pilnuje jej właściciel, który wcześnie zauważy szkodnika i nie pośle za nim pierwszego drapieżcy znalezionego w sklepie. Dopiero wtedy można wprowadzić na roślinę dobroczynka niewiele większego od kropki kończącej to zdanie i powierzyć mu ochronę okazu wartego kilkaset złotych. Na liściu nadal wisi niewielka saszetka. Niepozorna jak zapomniana herbata. Jej mieszkańcy nie wykonują naszych poleceń. Kierują się głodem, temperaturą, wilgotnością i zapachem ofiary. Cała sztuka polega na tym, aby ich potrzeby na chwilę spotkały się z potrzebami kolekcji.

W następnej części

Zanim wybierzemy dobroczynka i zawiesimy na roślinie pierwszą saszetkę, musimy przyjrzeć się przeciwnikowi. Z bardzo bliska. Zejdziemy na powierzchnię liścia, gdzie przędziorki nakłuwają pojedyncze komórki, płaskosze pozostawiają podobne ślady bez jednej nitki pajęczyny, a sprowadzeni łowcy próbują odnaleźć właściwą ofiarę. Porównamy Phytoseiulus persimilis z Neoseiulus californicus, sprawdzimy, który z nich lepiej pełni wartę, a który rusza za przędziorkiem jak oddział pościgowy. Zobaczymy też, dlaczego srebrzysty liść nie jest jeszcze diagnozą i co może się wydarzyć, gdy na pole bitwy wyślemy znakomitego drapieżnika, tylko nie przeciw temu wrogowi. Część druga: „Łowcy na pajęczynie. Dwa dobroczynki i zagadka srebrnych liści”.

Cykl: Żywa ochrona kolekcji

  1. Kto pilnuje storczyków? — jesteś tutaj
  2. Łowcy na pajęczynie. Dwa dobroczynki i zagadka srebrnych liści — następna część
  3. Armia przeciw wciornastkom, wełnowcom i tarcznikom — w przygotowaniu
  4. Domowy plan ochrony biologicznej — w przygotowaniu

Tekst: Marzenna Kielan, phalaenopsis.pl

Rozwiń źródła i bibliografięZwiń źródła i bibliografię
  1. McMurtry, J.A., de Moraes, G.J., Sourassou, N.F. (2013). Revision of the lifestyles of phytoseiid mites (Acari: Phytoseiidae) and implications for biological control strategies. Systematic & Applied Acarology, 18(4), 297–320. DOI: 10.11158/saa.18.4.1.
  2. Pochubay, E., Tourtois, J., Himmelein, J., Grieshop, M. (2015). Slow-Release Sachets of Neoseiulus cucumeris Predatory Mites Reduce Intraguild Predation by Dalotia coriaria in Greenhouse Biological Control Systems. Insects, 6(2), 489–507. DOI: 10.3390/insects6020489.
  3. Solano-Rojas, Y. i in. (2022). Effect of Relative Humidity on the Population Dynamics of the Predator Amblyseius swirskii and Its Prey Carpoglyphus lactis in the Context of Slow-Release Sachets for Use in Biological Control in Greenhouses. Plants, 11(19), 2493. DOI: 10.3390/plants11192493.
  4. Le Hesran, S. i in. (2024). Weerbare teeltsystemen tegen invasieve tripsplagen in de glastuinbouw. Wageningen Plant Research, WPR-1284. DOI: 10.18174/648867.
  5. Messelink, G.J., Leman, A. (2020). Are low humidity levels a limiting factor for spider mite control by phytoseiid predators under fluctuating climatic conditions? Wageningen University & Research. Opis publikacji. Badanie przeprowadzono na ogórku szklarniowym i Tetranychus urticae, nie na Phalaenopsis.
  6. University of Florida IFAS Extension. Phalaenopsis Mite, Tenuipalpus pacificus. Publikacja IN683.
  7. Ray, H.A. i in. (2014). Effects of Reduced-Risk Insecticides on Three Orchid Pests and Two Predacious Natural Enemies. Florida Entomologist, 97(3). Pełny tekst.
  8. Cornell University, New York State Integrated Pest Management. Neoseiulus californicus — Predatory Mite. Karta gatunku.
  9. Cornell University, New York State Integrated Pest Management. Phytoseiulus persimilis — Predatory Mite. Karta gatunku.
  10. Groenewoud, G.C. i in. (2002). Prevalence of sensitization to the predatory mite Amblyseius cucumeris as a new occupational allergen in horticulture. PubMed.