Bananowy song
Ten artykuł jest częścią cyklu „Mity, półprawdy i prawdy, czyli domowe sposoby pielęgnacji storczyków”, któremu drogę otwiera felieton „Pan kotek był chory…”. Zaglądamy w nim do domowej kuchni, spiżarni i apteczki, skąd regularnie wyruszają na ratunek storczykom kolejne cudowne mikstury. Tym razem na scenę wchodzi banan.
Lubię banany. Naprawdę. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy ktoś próbuje przekonać mnie, że po zjedzeniu banana zostało nam w ręku coś pomiędzy nawozem do storczyków a kamieniem filozoficznym.
Banany jadam chętnie. Są świetne do koktajli, deserów, owsianki, można je wrzucić do ciasta albo zjeść bez żadnej oprawy, kiedy człowiek stoi głodny w kuchni i nie zamierza czekać nawet tych trzech minut potrzebnych do zrobienia kanapki. Wszystko jest więc między nami dobrze do chwili, kiedy zjadam banana, zostaje mi w ręku skórka i gdzieś z głębin Internetu zaczyna dobiegać znajoma melodia: nie wyrzucaj, zalej wodą, to doskonały nawóz, storczyki będą kwitły jak szalone.
I właśnie wtedy budzi się we mnie mroczna strona natury.
Nie dlatego, że mam coś przeciwko wykorzystywaniu odpadów organicznych. Przeciwnie — mam kompostownik i z dużą satysfakcją wrzucam do niego sporą część tego, co pozostaje po przygotowywaniu posiłków. Interesuje mnie jednak pewien drobiazg, który w internetowych recepturach na domowe nawozy zadziwiająco często gdzieś się zapodziewa: jak to właściwie ma działać?
Bo informacja, że coś zawiera potrzebny roślinie pierwiastek, jest dopiero początkiem rozmowy, a nie jej zakończeniem.
Dlaczego właściwie banan?
Legenda jest mniej więcej taka: skórki bananów zawierają dużo potasu, nieco fosforu i innych składników mineralnych. Jeżeli więc zalejemy je wodą i cierpliwie poczekamy, otrzymamy naturalny nawóz, którym można podlewać rośliny.
Pierwsza część tej historii jest prawdziwa. Skórka banana rzeczywiście zawiera składniki mineralne, w tym potas, wapń, magnez i fosfor. Analiza całej tkanki nie mówi jednak jeszcze, jaka część tych składników przejdzie do zimnej wody ani w jakim stężeniu znajdzie się w domowym wyciągu. Problem zaczyna się również wtedy, gdy próbujemy przypisać skórce jeden stały „skład”. Wyniki analiz potrafią różnić się bardzo wyraźnie, ponieważ zależą między innymi od odmiany banana, stopnia dojrzałości, warunków uprawy, sposobu suszenia próbki oraz metody laboratoryjnej. Dlatego internetowe tabelki mówiące z aptekarską dokładnością, ile miligramów potasu znajduje się w jednej skórce, traktowałabym ostrożnie.
Nie zmienia to jednak rzeczy najważniejszej: potas w skórce jest.
Tyle że ziemniaki również zawierają potas. Pomidory zawierają potas. Szpinak, awokado, rośliny strączkowe i mnóstwo innych produktów także go zawiera. Gdyby sama obecność tego pierwiastka czyniła produkt spożywczy dobrym nawozem do Phalaenopsis, moglibyśmy otworzyć lodówkę i rozpocząć nawożenie na skalę przemysłową.
Passata wydaje się szczególnie praktyczna. Nie trzeba nawet miksować.
Dla osób, które jeszcze nie rozpoznały mojego nastroju: nie róbcie tego.
Storczyk nie potrzebuje obiadu. Potrzebuje składników mineralnych w odpowiedniej postaci, ilości i wzajemnych proporcjach.
I właśnie tutaj bananowy song zaczyna trochę fałszować.
Skórka spotyka wodę
Potas w roślinach występuje przede wszystkim jako jon K⁺. To oznacza atom potasu, który utracił jeden elektron i ma dodatni ładunek elektryczny, czyli właśnie taką formę, w jakiej potas może być przemieszczany w roztworach i wykorzystywany przez roślinę. W komórkach znajduje się między innymi w cytoplazmie i wakuolach — dużych przestrzeniach wewnątrz komórek, które pełnią między innymi rolę magazynującą.
Dlatego po zanurzeniu tkanki banana w wodzie część potasu rzeczywiście może przejść do roztworu.
I tu trzeba bananowi oddać sprawiedliwość.
Bananowa woda może zawierać potas.
Nie jest więc prawdą, że koniecznie trzeba najpierw całkowicie rozłożyć skórkę w kompoście, aby jakikolwiek potas stał się dostępny. Wodny ekstrakt ze skórki może zawierać rozpuszczone składniki mineralne.
Tylko że nadal nie czyni go to dobrym nawozem do storczyków.
Dlaczego? Ponieważ nie wiemy, ile potasu znajduje się w konkretnym domowym preparacie. Nie znamy jego stężenia ani proporcji pozostałych składników. Jedna osoba wrzuci jedną skórkę do litra wody na dobę, druga trzy skórki do słoika na tydzień, trzecia wszystko zagotuje, czwarta poczeka, aż zawartość naczynia zacznie wyglądać tak, jakby uzyskała własną świadomość.
A wszystkie nazwą to „nawozem bananowym”.
Z punktu widzenia nawożenia mamy więc nie preparat o znanym składzie, lecz zmienny wodny ekstrakt z tkanki roślinnej.
Brzmi mniej romantycznie niż „naturalna odżywka”, ale znacznie lepiej opisuje rzeczywistość.
Storczyk nie żyje samym potasem
Potas jest roślinom niezbędny. Bierze udział między innymi w regulowaniu gospodarki wodnej, pracy wielu enzymów oraz funkcjonowaniu aparatów szparkowych. Aparaty szparkowe to mikroskopijne pory znajdujące się w skórce liści, przez które roślina wymienia gazy z otoczeniem i reguluje utratę wody. Potas uczestniczy w sterowaniu ich otwieraniem i zamykaniem, dlatego jego znaczenie dla fizjologii roślin jest naprawdę duże.
Ale roślina nie składa się z potasu.
Do prawidłowego rozwoju potrzebuje również azotu, fosforu, wapnia, magnezu, siarki oraz szeregu mikroelementów, czyli pierwiastków potrzebnych w znacznie mniejszych ilościach, takich jak żelazo, mangan, bor, cynk, miedź czy molibden. Liczy się nie tylko obecność każdego z nich, ale także ich ilość i wzajemne proporcje.
I właśnie dlatego nawozy o deklarowanym składzie mają na opakowaniach liczby, dzięki którym przynajmniej wiemy, co i w jakiej ilości podajemy.
Jeżeli zastąpimy prawidłowe nawożenie wodą po skórkach banana, nie stworzymy bardziej naturalnego systemu żywienia. Stworzymy system, w którym nie wiemy dokładnie, co i w jakiej dawce podajemy.
Jeżeli natomiast używamy kompletnego nawozu i dodatkowo od czasu do czasu lejemy do doniczki bananową wodę, pojawia się inne pytanie.
Po co?
Jeżeli Phalaenopsis otrzymuje już odpowiednią ilość potasu w nawozie, dodatkowa, nieznana dawka nie staje się automatycznie korzystna tylko dlatego, że przyjechała bananowym transportem.
Tymczasem w słoiku zaczyna się życie
Skórka banana nie jest saszetką nawozu mineralnego. Jest fragmentem tkanki roślinnej zawierającym wodę, cukry, pektyny, włókna, związki fenolowe, składniki mineralne i wiele innych substancji organicznych.
Kiedy zanurzamy ją w wodzie i zostawiamy w temperaturze pokojowej, nie powstaje sterylny roztwór potasu.
Tworzymy środowisko, w którym mogą rozwijać się mikroorganizmy — bakterie, drożdże i inne mikroskopijne organizmy wykorzystujące związki organiczne jako źródło energii i budulca. Z czasem mogą zachodzić procesy fermentacji i rozkładu, zmienia się zapach, pH oraz skład chemiczny płynu.
Nie oznacza to, że w każdym słoiku automatycznie rodzi się armia groźnych patogenów gotowych zamordować naszego storczyka przed śniadaniem. Tego po prostu nie możemy wiedzieć bez zbadania konkretnego preparatu.
I właśnie owo „nie wiemy” jest tutaj najważniejsze.
W kompostowniku rozwój mikroorganizmów jest częścią procesu, którego oczekujemy. Materia organiczna ma ulec przemianom i stopniowemu rozkładowi, a powstały materiał wykorzystujemy później w odpowiednim środowisku ogrodowym.
W słoiku stojącym na parapecie tworzymy natomiast niewielki, niekontrolowany układ biologiczny, a następnie wlewamy jego zawartość pomiędzy korzenie epifitycznego storczyka.
Doniczka Phalaenopsis po raz kolejny okazuje się bardzo kiepskim miejscem do prowadzenia eksperymentalnego kompostownika.

Muszki dostały zaproszenie
Każdy, kto pozostawił latem na kuchennym stole przejrzałego banana, wie, że po pewnym czasie może się nim zainteresować również lokalna społeczność muszek owocowych.
Nie przyciąga ich oczywiście potas. Interesują je przede wszystkim lotne związki powstające podczas dojrzewania i fermentacji owoców, zwłaszcza te wytwarzane przez rozwijające się na nich drożdże. Same drożdże stanowią również ważne źródło pokarmu.
Czy oznacza to, że każde podlanie storczyka świeżym wyciągiem ze skórki natychmiast sprowadzi do domu eskadrę muszek?
Nie.
Ale jeśli naszym celem jest utrzymywanie wokół korzeni możliwie czystego, przewiewnego i stabilnego środowiska, regularne dostarczanie tam nieokreślonego roztworu zawierającego związki organiczne nie wydaje się szczególnie eleganckim sposobem realizacji tego planu.
Banan ma jeszcze jedną sztuczkę
I tutaj robi się naprawdę ciekawie.
Banany należą do owoców klimakterycznych. To określenie oznacza owoce, które po osiągnięciu odpowiedniego stopnia dojrzałości mogą kontynuować dojrzewanie już po zerwaniu z rośliny. W czasie tego procesu następuje u nich charakterystyczny wzrost intensywności oddychania oraz gwałtowny wzrost produkcji etylenu.
Oddychanie oznacza tutaj nie „oddychanie” w zwierzęcym sensie, lecz zachodzące w komórkach reakcje metaboliczne, dzięki którym związki organiczne są rozkładane i uwalniana jest energia potrzebna do funkcjonowania komórek.
Etylen natomiast jest niewielką cząsteczką gazową pełniącą w roślinach funkcję hormonu, czyli substancji przekazującej sygnały i regulującej procesy rozwojowe. W dojrzewającym bananie jego produkcja gwałtownie rośnie, uruchamiając cały zestaw zmian: miąższ mięknie, skrobia jest przekształcana w cukry, zmieniają się barwa skórki, aromat i smak.
Dlatego zielony banan kupiony w sklepie po kilku dniach może stać się miękki, żółty i słodki, mimo że od dawna nie ma żadnego kontaktu z bananowcem.
To właśnie oznacza, że jest owocem klimakterycznym.
A teraz wprowadźmy na scenę kwitnącego Phalaenopsis.
Kwiaty wielu storczyków są wrażliwe na etylen. U Phalaenopsis wykazano, że hormon ten uczestniczy w przyspieszonym starzeniu kwiatów. Po zapyleniu najpierw zwiększa się wrażliwość kwiatu na etylen, a następnie nasila się również jego produkcja. Uruchamiany jest wtedy złożony ciąg sygnałów prowadzących do zmian potrzebnych roślinie po skutecznym zapłodnieniu, a jednocześnie kwiat traci swoją dotychczasową funkcję wabienia zapylacza i szybciej się starzeje.
Nie wyciągajmy z tego jednak następnego internetowego mitu.
Nie twierdzę, że podlanie storczyka bananową wodą spowoduje nagłe zatrucie etylenem i opadnięcie wszystkich kwiatów. Nie mamy podstaw, żeby tak mówić.
Jest w tym jednak pewna piękna ironia.
Banan leżący obok kwitnącego storczyka może być dla jego kwiatów bardziej interesujący jako źródło etylenu niż jego skórka jako źródło nawozu.
I tego zwrotu akcji naprawdę nie wymyśliłam.
Zrobiła to fizjologia roślin.
A co z chemią z plantacji?
W starszej wersji tego tekstu pojawiał się jeszcze argument dotyczący środków ochrony roślin stosowanych przy produkcji bananów i możliwości pozostawania ich pozostałości na skórkach.
Dzisiaj nie używałabym go jako jednego z argumentów przeciwko bananowej wodzie.
Pozostałości środków ochrony roślin mogą znajdować się na owocach lub w ich tkankach, ale zależy to od konkretnej substancji, sposobu jej zastosowania, czasu od zabiegu i szeregu innych czynników. Nie można po prostu przyjąć, że skórka banana jest magazynem toksycznych związków, które następnie w całości przejdą do wody.
Poza tym nie potrzebujemy tego argumentu.
Bananowa woda ma wystarczająco dużo znaków zapytania bez dopisywania jej kolejnych.
Nie znamy dokładnego składu domowego wyciągu. Nie znamy dawki poszczególnych składników. Nie jest to nawóz kompletny, a wraz z minerałami trafiają do wody również związki organiczne, które podczas przechowywania stają się pożywką dla mikroorganizmów.
Naprawdę wystarczy.
Banan wraca na właściwe miejsce
Czy wobec tego skórka banana jest bezwartościowym odpadem?
Absolutnie nie.
Jest materią organiczną zawierającą węgiel oraz składniki mineralne, które mogą ponownie wejść do obiegu. I tutaj wracamy do mojego kompostownika.
Właśnie tam lądują moje skórki po bananach.
W kompoście mikroorganizmy i inne organizmy uczestniczące w rozkładzie prowadzą proces, do którego są znakomicie przygotowane. Złożona materia organiczna jest stopniowo przekształcana, a zawarte w niej składniki mineralne mogą z czasem wrócić do obiegu i zostać wykorzystane przez kolejne rośliny.
To jest prawdziwy recykling materii organicznej.
Nie trzeba udawać, że trzy skórki pływające przez kilka dni w słoiku są jego przyspieszoną wersją.
Jeżeli nie mamy kompostownika, skórka banana może trafić do bioodpadów. Nie musimy wykorzystywać każdego kuchennego odpadu bezpośrednio w doniczce, aby prowadzić uprawę rozsądnie i odpowiedzialnie.
Czasem najlepsze rozwiązanie polega po prostu na wysłaniu rzeczy tam, gdzie naprawdę jest jej miejsce.
Ostatni refren
Bananowa woda jest doskonałym przykładem sposobu, w jaki rodzą się domowe „cudowne nawozy”.
Bierzemy prawdziwy fakt: skórka banana zawiera potas.
Dodajemy drugi: rośliny potrzebują potasu.
A następnie wykonujemy niewielki skok logiczny: skórka + woda = dobry nawóz dla storczyka.
I właśnie podczas tego skoku gubimy najważniejsze pytania. Ile potasu znajduje się w roztworze? Jakie jest jego stężenie? Co jeszcze przeszło do wody? Jak zmienia się skład podczas przechowywania? Jaką dawkę otrzymuje roślina? Jak ten preparat ma się do pozostałych składników pokarmowych, których potrzebuje Phalaenopsis?
Jeżeli odpowiedzi brzmią „nie wiadomo”, trudno mówić o świadomym nawożeniu.
Można oczywiście eksperymentować. Rośliny potrafią przeżyć zadziwiająco wiele naszych pomysłów, a fakt, że po zastosowaniu jakiejś mikstury storczyk nie umarł, bywa w Internecie bardzo szybko awansowany do rangi dowodu jej skuteczności.
Tylko że „nie umarł” i „skorzystał” to dwa zupełnie różne wyniki eksperymentu.
Dlatego pozostanę przy rozwiązaniu zdecydowanie mniej widowiskowym.
Banan zjadam ja, skórkę dostaje kompostownik, a storczyk dostaje wodę odpowiedniej jakości i nawóz o znanym składzie.
Każdy dostał to, czego potrzebuje, i nikt nie musi śpiewać bananowego songu.
Mity, półprawdy i prawdy, czyli domowe sposoby pielęgnacji storczyków
Felieton otwierający: „Pan kotek był chory…” — w przygotowaniu
Czosnek i storczyki: lekarstwo, nawóz czy marynata?
Bananowy song — jesteś tutaj
Woda jajeczna — w przygotowaniu
Herbata Darjeeling — w przygotowaniu
© Marzenna Kielan. Wszelkie prawa zastrzeżone.