10 storczyków. Phalaenopsis gigantea

dnia

Początek. Jaheri

Nie każda opowieść o nowym gatunku zaczyna się od olśnienia. Czasem zaczyna się od człowieka, który patrzy na niezwykłą roślinę i dochodzi do całkiem rozsądnego wniosku, że ma przed sobą coś już dobrze znanego. Tak właśnie było w 1897 roku, kiedy Jaheri, zbieracz roślin Ogrodu Botanicznego w Buitenzorgu, uczestniczył w ekspedycji Antona Willema Nieuwenhuisa na Borneo. Formalnie posiadał wówczas rangę leerling-mantri, lecz sama nazwa stanowiska niewiele mówi o człowieku, który od lat pracował w terenie i znał rośliny z doświadczenia, nie tylko z botanicznych opisów.

W okolicach Lung Karang nad Tjehanem znalazł niekwitnącego Phalaenopsis o liściach niezwykłych nawet jak na przedstawiciela rodzaju, który do skromnych pod tym względem nie należy. Kwiatów nie było, a bez nich rozpoznanie rośliny było znacznie trudniejsze. Jaheri uznał więc, że patrzy na wyjątkowo silnie rozwiniętą Phalaenopsis amabilis. W tej pomyłce nie było nic kompromitującego; przeciwnie, była całkiem logiczna. Miał przed sobą roślinę wyposażoną w liście tak duże, że zasługiwały na uwagę nawet wtedy, gdy całą resztę uznało się za znajomą.

Wigman pisał później, że Jaheri zabrał tylko jeden egzemplarz, i właśnie ten szczegół nadaje całej historii szczególny smak. Nie przeczuwał odkrycia nowego gatunku ani nie polował na botaniczną sensację. Chciał pokazać w Buitenzorgu niezwykły rozwój liści rośliny, którą uważał za Phalaenopsis amabilis. Jeden egzemplarz w zupełności wystarczał do zaprezentowania osobliwości, którą, jak sądził, już rozumiał.

Botanika bywa czasem zaskakująco oszczędna w środkach. Ta jedna roślina wystarczyła, by kilka lat później okazało się, że problem nie polegał na tym, iż Phalaenopsis amabilis potrafi osiągać nieprzyzwoite rozmiary, lecz na czymś znacznie ciekawszym: to po prostu nie była Phalaenopsis amabilis.

Jeden to przypadek, dwa komplikują historię

Historia mogłaby w tym miejscu pobiec wygodnym torem: jeden niezwykły okaz, opis nowego gatunku, późniejsza śmierć rośliny i długie dziesięciolecia oczekiwania na jej ponowne odnalezienie. Tyle że Wigman zanotował coś, co ten porządek skutecznie psuje. W 1913 roku do Buitenzorgu trafił kolejny okaz tego samego gatunku, tym razem zebrany nie w Lung Karang, lecz na Gunung Loembis, w innej części Borneo. Zebrał go mantri Amdja, uczestniczący w ekspedycji prowadzonej przez kapitana P. van Genderena Storta.

To zaledwie krótka wzmianka w tekście sprzed ponad stu lat, ale właśnie takie wzmianki potrafią zepsuć najładniej ułożoną legendę. Nie wiemy z relacji Wigmana, jak długo egzemplarz Amdji pozostał żywy ani co dokładnie stało się z nim później. Wiemy natomiast rzecz wystarczająco istotną: już w 1913 roku Phalaenopsis gigantea została ponownie zebrana w naturze.

Ma to znaczenie, ponieważ w późniejszej literaturze utrwaliła się opowieść, według której pierwszy okaz miał umrzeć niedługo po opisaniu gatunku w 1909 roku, Phalaenopsis gigantea miała na wiele lat zniknąć, a dopiero w 1937 roku zostać odnaleziona ponownie. Problem w tym, że pierwsza część tej historii nie wytrzymuje konfrontacji ze źródłem z 1914 roku. Egzemplarz Jaheriego nadal wtedy żył i właśnie kwitł po raz piąty. Co więcej, rok wcześniej z Borneo sprowadzono następny okaz.

Nie oznacza to, że wydarzenie wiązane z rokiem 1937 należy wyrzucić do kosza razem z całą późniejszą narracją. „Ponowne odkrycie” mogło oznaczać odnalezienie nowej populacji, nieznanego wcześniej stanowiska albo ponowne natrafienie na gatunek po dłuższym okresie bez obserwacji terenowych. Na dziś nie mamy wystarczająco dobrego źródła współczesnego tamtym wydarzeniom, aby rozstrzygnąć, co dokładnie wydarzyło się w 1937 roku.

Możemy natomiast powiedzieć coś znacznie pewniejszego: nie da się już opowiadać historii Phalaenopsis gigantea tak, jakby po śmierci jedynego znanego egzemplarza nastąpiła całkowita, kilkudziesięcioletnia pustka. Pierwszy okaz w 1914 roku nadal żył, a drugi został zebrany w 1913. Gdzieś pomiędzy źródłami z epoki a późniejszymi opracowaniami opowieść najwyraźniej zmieniła kształt. Jak to często bywa, legenda okazała się bardziej uporządkowana niż rzeczywistość.

Gdzie kończą się niziny

Przez lata Phalaenopsis gigantea miała w opisach dość precyzyjnie określony adres: Borneo, ciepłe i wilgotne lasy nizinne, zwykle od poziomu morza do około 400 metrów. Zakres ten nadal pojawia się w części współczesnych opracowań i na pierwszy rzut oka wygląda bardzo przekonująco. Kłopot zaczyna się dopiero wtedy, gdy zajrzymy do nowszej literatury taksonomicznej.

Metusala i O’Byrne, opisując Phalaenopsis kapuasensis, zwrócili uwagę na paradoks dotyczący jej znacznie słynniejszej kuzynki. Phalaenopsis gigantea od dziesięcioleci jest dobrze znana w uprawie, lecz liczba prawidłowo udokumentowanych okazów pochodzących z natury pozostaje zaskakująco mała. W rezultacie jej rzeczywisty zasięg, siedliska oraz zmienność populacji są poznane gorzej, niż można byłoby oczekiwać po gatunku, którego zdjęcia można znaleźć bez większego trudu w kolekcjach na kilku kontynentach.

Autorzy podają Phalaenopsis gigantea z nizinnych i wzgórzowych lasów dipterokarpowych oraz ze stanowisk sięgających około 900 metrów n.p.m. To znacznie wyżej niż często powtarzana granica 400 metrów i niekoniecznie oznacza, że wcześniejsze źródła były po prostu błędne. Możliwe jest wyjaśnienie znacznie ciekawsze: przez długi czas znaliśmy zbyt mało stanowisk, aby zobaczyć pełny obraz.

W przypadku rośliny rosnącej na Borneo nie jest to zresztą szczególnie zaskakujące. Na mapie wyspa wygląda jak zwarty kawałek lądu. W terenie jest mozaiką rzek, grzbietów, wilgotnych lasów, wapiennych wzgórz i miejsc, do których dotarcie nawet dziś wymaga więcej niż dobrych chęci. Granica siedliska wyrysowana kiedyś na 400 metrach mogła więc mówić nie tyle, gdzie kończy się Phalaenopsis gigantea, ile gdzie kończyły się dane, którymi wówczas dysponowaliśmy.

Życie nad ziemią

W naturze Phalaenopsis gigantea jest epifitem. Nie zapuszcza korzeni w leśnej glebie, lecz przytwierdza się nimi do pni i konarów drzew, które służą jej jako podpora, a nie źródło pokarmu. Nie jest pasożytem i nie wysysa z gospodarza tego, czego sama nie potrafi zdobyć. Korzysta za to z niezwykle dynamicznego mikrośrodowiska, w którym woda, powietrze, pył i materia organiczna spotykają się na powierzchni kory.

Wodę mogą przynosić deszcze, spływ po pniu, wilgoć zatrzymywana przez mech i resztki organiczne, a zależnie od miejsca również rosa czy mgła. Minerały docierają wraz z opadami, pyłem, wodą przepływającą po korze i rozkładającą się materią. Jedne korzenie mogą pozostawać niemal całkowicie odsłonięte, inne wciskać się w szczeliny kory, mech albo nagromadzone szczątki roślinne. Po ulewie wszystko może zostać porządnie zmoczone, ale nie oznacza to, że korzenie przez kolejne dni tkwią w jednolitej, nasiąkniętej wodą masie.

To drobna różnica w opisie, lecz ogromna w uprawie. „Wilgotny las tropikalny” łatwo bowiem przetłumaczyć na „stale mokre podłoże”, a jedno z drugim ma mniej wspólnego, niż mogłoby się wydawać. W lesie korzenie Phalaenopsis gigantea mają dostęp do powietrza nawet wtedy, gdy otoczenie jest bardzo wilgotne. W doniczce o słabej strukturze, wypełnionej długo mokrym i zbitym materiałem, możemy więc odtworzyć nie Borneo, lecz bagno, a olbrzym rośliną bagienną nie jest.

Olbrzym się nie spieszy


Duże, szerokie zielone liście Phalaenopsis gigantea pochodzącej z Kalimantanu; widoczna obok dłoń pokazuje ich skalę.
To liście dały gatunkowi nazwę gigantea. Okaz z Kalimantanu. Fot. Reza Wibawa.

Nazwa może sugerować temperament, którego Phalaenopsis gigantea wcale nie posiada. Olbrzym nie rośnie jak dynia pozostawiona na kompoście tylko dlatego, że ma genetyczny potencjał do tworzenia imponujących liści. W uprawie rozwija się powoli, a osiągnięcie dojrzałości może zająć wiele lat.

W literaturze hodowlanej można znaleźć bardzo różne liczby określające czas potrzebny do pierwszego kwitnienia. Problem polega na tym, że nie ma dobrych podstaw, aby ogłosić jedną z nich biologiczną regułą. Tempo wzrostu zależy od warunków, materiału roślinnego, sposobu rozmnażania i zapewne również od różnic osobniczych. Znacznie bezpieczniej powiedzieć po prostu, że Phalaenopsis gigantea dojrzewa wolniej niż wiele innych przedstawicieli rodzaju i wymaga od hodowcy cierpliwości, której nie da się zastąpić dodatkową porcją nawozu.

Ma to swoją konsekwencję także w wyglądzie młodych roślin. Egzemplarz, który kiedyś może rozłożyć liście imponujących rozmiarów, przez kilka pierwszych lat może wyglądać bardzo niepozornie. W tym gatunku dorosłość nie przychodzi z fanfarami. Najpierw pojawia się jeszcze jeden liść, potem następny, nieco większy, aż po latach z tych niepozornych przyrostów zaczyna wyłaniać się roślina, która naprawdę zasłużyła na swoje imię.

Kiedy olbrzym zakwita

Kiedy wreszcie zakwita, można doznać lekkiego zaskoczenia. Największy przedstawiciel rodzaju pod względem liści nie tworzy największych kwiatów. Są stosunkowo niewielkie wobec rozmiarów całej rośliny, woskowe, zwykle kremowobiałe lub żółtawe, gęsto pokryte purpurowymi albo brunatnoczerwonymi plamami. To właśnie ten kontrast jest jednym z największych uroków gatunku: monumentalne liście i kwiaty, które zamiast konkurować z nimi rozmiarem, nadrabiają wzorem, zapachem i liczbą.


Kwiatostan Phalaenopsis gigantea z licznymi kremowożółtymi kwiatami gęsto pokrytymi bordowoczerwonymi plamami.
Wielokwiatowy kwiatostan Phalaenopsis gigantea. Fot. Reza Wibawa.

Na jednym kwiatostanie może pojawić się ich wiele, a sam pęd nie musi kończyć swojej kariery po jednym sezonie. Jeśli pozostaje żywy, może ponownie podejmować wzrost i kwitnienie w kolejnych latach. Warto więc powstrzymać rękę, zanim po przekwitnięciu sięgniemy po nożyczki z automatyzmem godnym osoby sprzątającej po przyjęciu.

Zapach opisywany jest jako cytrusowy, choć w przypadku zapachów orchidei dobrze zachować pewną pokorę. Nos człowieka jest narzędziem wybitnie osobistym, a cytryna jednej osoby bywa dla drugiej czymś pomiędzy skórką pomarańczy a bardzo ambitnym płynem do naczyń.


Zbliżenie kwiatów Phalaenopsis gigantea pokazujące woskowe płatki i działki z gęstym purpurowoczerwonym cętkowaniem oraz jasną warżką z żółtopomarańczowym środkiem.
Z bliska najlepiej widać charakterystyczny rysunek kwiatów Phalaenopsis gigantea. Fot. Reza Wibawa.

Dzieci olbrzyma

Tak charakterystyczny gatunek musiał prędzej czy później zainteresować hodowców. Phalaenopsis gigantea od dawna wykorzystywana jest w krzyżowaniach, a uwagę przyciągają zarówno charakterystyczne cechy samej rośliny, jak i wzór, barwa oraz substancja jej kwiatów.

Nie dzieje się to jednak według prostego przepisu. Skrzyżowanie olbrzyma z drobniejszym gatunkiem nie daje automatycznie rośliny dokładnie pośrodku. Genetyka nie zna obowiązku zachowania symetrii ani dobrego smaku hodowcy. Jedne cechy mogą zaznaczać się wyraźnie, inne niemal zniknąć, a jeszcze inne ujawnić się w sposób, którego nikt rozsądny nie zamawiał.

To właśnie dlatego potomstwo Phalaenopsis gigantea jest tak interesujące. W kolejnych krzyżówkach można obserwować, jak cechy przodków układają się na nowo, czasem bardzo czytelnie, czasem jako ledwie widoczny ślad. Olbrzym nie zawsze przekazuje dzieciom wzrost, ale potrafi zostawić po sobie podpis.

Rzadki storczyk, którego można kupić

Z Phalaenopsis gigantea wiąże się jeszcze jeden paradoks. Gatunek uznawany za rzadki w naturze nie jest dziś rośliną nieosiągalną dla zwykłego kolekcjonera. Można znaleźć siewki, młode rośliny, a czasem również duże egzemplarze oferowane przez wyspecjalizowanych hodowców. W handlu krążą także liczne hybrydy z jego udziałem.

Nie znaczy to jednak, że sytuacja dzikich populacji przestała mieć znaczenie. Roślina rozmnożona w szklarni może być genetycznym potomkiem gatunku, ale nie zastępuje populacji funkcjonującej w naturalnym środowisku, wchodzącej w relacje z lokalnymi mikroorganizmami, potencjalnymi zapylaczami i całym leśnym ekosystemem. Kolekcja pełna Phalaenopsis gigantea może zabezpieczać część materiału genetycznego, lecz nie odtwarza lasu.

Dobrze pokazują to prace prowadzone w Sabah. W programie ochrony ex situ wykorzystano dziewiętnaście osobników pochodzących z natury, a ich zróżnicowanie genetyczne analizowano po to, aby dobierać pary do rozmnażania i zachować możliwie szeroką pulę genów. To szczególnie ważne w przypadku roślin, których naturalne populacje zostały silnie zredukowane przez wylesianie i zbiór.

Tysiąc identycznych kopii jednej rośliny nie daje tego samego co populacja złożona z wielu genetycznie zróżnicowanych osobników. Z punktu widzenia genetyki można więc mieć przed sobą stół pełen Phalaenopsis gigantea i nadal patrzeć na gatunek rzadki w naturze.

Jedna wystarczyła

Ponad sto lat później historia Phalaenopsis gigantea nadal nie daje się zamknąć w kilku wygodnych zdaniach. Późniejsze relacje o jej ponownym odkryciu nie zgadzają się w pełni ze źródłami wcześniejszymi. Nowsza literatura rozszerza znany zakres wysokości stanowisk. Naturalny zapylacz pozostaje słabo udokumentowany, a liczba dobrze opisanych zbiorów z natury jest zaskakująco niewielka. Jednocześnie roślina, która weszła do historii nauki dzięki pojedynczemu egzemplarzowi, jest dziś rozmnażana i uprawiana na całym świecie.

Może właśnie dlatego Phalaenopsis gigantea jest dobrym przypomnieniem, czym naprawdę jest nazwa gatunku. Nie końcem poznania, lecz początkiem. Nazwa gigantea odnosi się do olbrzymich liści, których nie sposób było już dłużej pomieścić pod nazwą amabilis. Pierwsze imię okazało się uszyte za ciasno, ale nawet nowe nie powiedziało nam wszystkiego.

W lasach Borneo nadal pozostaje roślina znacznie większa od swojej nazwy, zielnikowej etykiety i kilku linijek opisu. Znamy jej kwiaty, mierzymy liście, zapisujemy stanowiska, badamy geny i próbujemy chronić to, co pozostało z dzikich populacji. Mimo to w jej historii nadal są miejsca, w których najuczciwsza odpowiedź brzmi: jeszcze nie wiemy.

Dlatego warto na końcu wrócić do człowieka, od którego zaczyna się jej udokumentowana historia. Jaheri nie wiedział, że znalazł nowy gatunek. Nie mógł wiedzieć, że roślina, którą uznał za wyjątkowo dorodną Phalaenopsis amabilis, kilkanaście lat później będzie nosiła inną nazwę, a ponad sto lat później jej historia nadal będzie wymagała prostowania.

Pomylił się co do jej nazwy, ale na szczęście nie pomylił się w jednej rzeczy. Uznał, że warto ją zabrać.

Źródła i literatura
— kliknij, aby rozwinąć

Backer, C.A. (1936). Verklarend woordenboek der wetenschappelijke namen van de in Nederland en Nederlandsch-Indië in het wild groeiende en in tuinen en parken gekweekte varens en hoogere planten. Hasło „jaherianus”.
Zobacz źródło ↗

Metusala, D., O’Byrne, P. (2017). Phalaenopsis kapuasensis (Orchidaceae), a new species from Kalimantan, Indonesian Borneo. Pro-Life, 4(3), 386–391.
Zobacz publikację ↗

Rodrigues, K.F., Kumar, S.V. (2009). Isolation and characterization of microsatellite loci in Phalaenopsis gigantea. Conservation Genetics, 10, 559–562.
DOI / publikacja ↗

Smith, J.J. (1909). Neue Orchideen des malaiischen Archipels III. Bulletin du Département de l’Agriculture aux Indes Néerlandaises, 22, 1–51; Phalaenopsis gigantea, s. 45.
Biodiversity Heritage Library ↗

Smithsonian Gardens. Phalaenopsis gigantea — The Gigantic Phalaenopsis, Elephant Ears. Plant Explorer.
Smithsonian Gardens ↗

Wigman Jr., H.J. (1914). Phalaenopsis gigantea J.J.Sm. Teysmannia, 25, 418–419.
Teysmannia, tom 25 — PDF ↗

Zotz, G., Hietz, P. (2001). The physiological ecology of vascular epiphytes: current knowledge, open questions. Journal of Experimental Botany, 52(364), 2067–2078.
PubMed / DOI ↗