Zostaw miejsce na zachwyt

dnia

Chciejstwo zaczyna się niewinnie. Człowiek kupuje pierwszą ćmówkę, potem drugą, bo przecież jest zupełnie inna, a trzecia właściwie się nie liczy, bo była przeceniona. Czwarta ma trochę inny kolor warżki, piąta była ostatnia, szósta patrzyła na nas z półki w sposób wykluczający pozostawienie jej w sklepie. Po pewnym czasie orientujemy się, że mamy kolekcję.

Jeszcze później odkrywamy coś znacznie gorszego: wraz z wiedzą chciejstwo wcale nie przechodzi. Przeciwnie, nabiera wykształcenia.

Początkujący chce storczyka, bo jest piękny. Człowiek bardziej doświadczony potrafi spojrzeć na nazwę rodziców jakiejś krzyżówki i w ciągu trzydziestu sekund znaleźć kilkanaście niezwykle rozsądnych powodów, dla których właśnie tej rośliny absolutnie nie powinno zabraknąć w jego domu. To już nie jest zwykłe chciejstwo. To chciejstwo dysponujące aparatem pojęciowym.

Wiem coś o tym a moje własne chciejstwo ma się znakomicie, jest dobrze odżywione i wykazuje dużą odporność na argumenty. Regularnie oglądam rośliny, których nie potrzebuję, zastanawiam się nad krzyżówkami, których kwiatów nikt jeszcze nie widział, i potrafię przez dłuższą chwilę prowadzić sama ze sobą całkiem poważne negocjacje w sprawie ćmówki, która kosztuje zdecydowanie za dużo. Czasami zwycięża rozsądek. Jego przewaga topnieje jednak mniej więcej w tym samym tempie co cena rośliny. Nie twierdzę więc, że znalazłam lekarstwo.


Kobieta ogląda w internecie drogiego storczyka, podczas gdy małe Chciejstwo z książką o genetyce Phalaenopsis podsuwa jej kolejne argumenty za zakupem.
Chciejstwo wraz z wiedzą wcale nie przechodzi. Nabiera wykształcenia, poznaje rodowody i bardzo szybko uczy się znajdować naukowo brzmiące argumenty za kolejnym zakupem.

Ostatnio zaczęłam jednak podejrzewać, że pytanie, które sobie zadajemy, jest niewłaściwe.

Czy naprawdę jest inna?

Obserwuję czasem osoby, które dopiero odkrywają storczyki. Zaglądają do Lidla, Auchan czy centrum ogrodniczego, sprawdzają nowe dostawy i wracają do domu z kolejnymi ćmówkami. Rozumiem to doskonale. Na początku każda wydaje się inna. Biała w różowe ciapki, różowa w ciemniejsze ciapki, trochę jaśniejsza różowa w ciapki i, wydarzenie tygodnia, ciapki w różowym.

Po pewnym czasie na parapecie stoi kilkanaście roślin, które podczas zakupu wydawały się zupełnie różne, a dziś trzeba przyznać, że reprezentują dość wąskie spektrum ludzkiego zachwytu.

Nie ma w tym niczego nagannego. To naturalny etap wchodzenia w hobby. Najpierw zachwyca nas obfitość. Chcemy próbować, poznawać, porównywać. Dopiero później wyrabia się oko. Zaczynamy dostrzegać pokrój rośliny, sposób kwitnienia, kształt kwiatu, zapach, pochodzenie, rodziców krzyżówki. To, co kiedyś było po prostu „innym storczykiem”, zaczyna podlegać znacznie ostrzejszej selekcji.

Tyle że miejsca na parapecie od samego zdobywania wiedzy jakoś nie przybywa.

Chcę ją mieć czy chcę ją uprawiać?

To są dwie zupełnie różne rzeczy, choć chciejstwo jest specjalistą od zacierania między nimi różnicy.

Kupienie rośliny trwa chwilę. Uprawianie jej może potrwać kilkanaście lat. Zbyt rzadko myślimy o tym w momencie, kiedy wkładamy kolejną doniczkę do koszyka.

Nie zamierzam porównywać storczyka z kotem czy psem. To inny rodzaj relacji i inny rodzaj odpowiedzialności. Nadal jednak przynosimy do domu żywy organizm, który od tej chwili będzie całkowicie zależny od warunków, jakie mu stworzymy. Trzeba będzie zapewnić mu światło, wodę, odpowiednią temperaturę, podłoże i przestrzeń. Trzeba będzie go przesadzać, obserwować i zauważyć odpowiednio wcześnie, że coś zaczyna dziać się źle.

Cena na etykiecie mówi więc tylko, ile kosztuje zabranie rośliny ze sklepu. Nie mówi nic o zobowiązaniu, które właśnie przynosimy do domu.

Może warto wyhodować w sobie jeszcze jeden odruch. Kiedy bierzemy do ręki kolejną doniczkę, pomyślmy przez chwilę, że wybieramy właśnie żywą istotę, która, jeśli dobrze się nią zaopiekujemy, może towarzyszyć nam przez następnych kilkanaście lat. Kilka tygodni dekoracji parapetu to przy tej perspektywie naprawdę niewiele.

I wtedy pytanie „czy mi się podoba?” przestaje wystarczać.

Miejsce to nie tylko kawałek parapetu

Chciejstwo prowadzi własną księgowość. Według niego wolne piętnaście centymetrów parapetu jest niepodważalnym dowodem na możliwość zakupu kolejnej rośliny. W rubryce „przyszłe zobowiązania” konsekwentnie wpisuje zero.


Kobieta mierzy piętnastocentymetrową lukę na parapecie pomiędzy storczykami, a Chciejstwo odnotowuje na swojej liście, że miejsce na następną roślinę istnieje.
Piętnaście centymetrów wolnego parapetu. Według księgowości Chciejstwa dowód rozstrzygający: miejsce jest, można kupować.

 

Tymczasem mała ćmówka niekoniecznie pozostanie mała. Liście urosną, korzenie wyjdą z doniczki, pojawią się pędy, a niewinna roślinka, która mieściła się pomiędzy dwiema innymi, po kilku latach może zacząć zgłaszać roszczenia terytorialne.

Wolne miejsce na doniczkę nie jest więc jeszcze miejscem dla rośliny.

Potrzebna jest również przestrzeń, w której liście nie będą stale zachodziły na sąsiadów, światło będzie docierało tam, gdzie powinno, a powietrze będzie mogło swobodnie krążyć. Jeśli naprawdę myślimy o roślinie w perspektywie wielu lat, należałoby właściwie kupować nie dla tego, co stoi przed nami dzisiaj, lecz dla tego, czym ta roślina może się stać.

Jest jednak jeszcze jeden rodzaj przestrzeni, którego nie da się zmierzyć centymetrem.

Ile storczyków mieści się w naszym życiu?

Nie każdy ma tyle samo czasu i nie każdy może przeznaczyć jego równie dużą część na rośliny. Ktoś pracuje w domu albo w mniejszym wymiarze godzin, ktoś jest na emeryturze i może rano przejść się pomiędzy doniczkami z kubkiem kawy. Ktoś inny wychodzi wcześnie rano, wraca po kilkunastu godzinach pracy w szpitalu i marzy już tylko o prysznicu i łóżku. Jeszcze ktoś często wyjeżdża albo ma pracę, w której spokojny tydzień potrafi bez ostrzeżenia zamienić się w trzy bardzo trudne.

Żadna z tych osób nie jest z tego powodu lepszym ani gorszym opiekunem roślin. Po prostu każda może dobrze prowadzić inną wielkość kolekcji.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy tworzymy kolekcję dla życia, które chcielibyśmy prowadzić, zamiast dla tego, które rzeczywiście prowadzimy.

Bo rośliny wymagają czegoś więcej niż czasu na wlanie wody do doniczki. Potrzebują uwagi. Dopiero kiedy naprawdę je oglądamy, zauważymy, że korzeń od kilku dni wygląda podejrzanie, liść zaczyna tracić jędrność, podłoże tym razem schnie znacznie wolniej albo w kącie pojawił się nieproszony gość. Zauważymy też rzeczy dobre: nowy korzeń, pierwszy centymetr pędu, rosnący liść.

Kiedy roślin robi się zbyt wiele, bardzo łatwo przestać je obserwować, a zacząć jedynie obsługiwać. Podlać wszystkie. Nawieźć wszystkie. Przejrzeć wszystkie. Przesadzić te, które już naprawdę nie dają nam wyboru.

I nagle hobby zaczyna przypominać drugi etat.

Pięćdziesiąt storczyków może być fantastyczną kolekcją dla człowieka, który ma dla nich miejsce, czas i ochotę. Dla kogoś innego piętnaście może być granicą pozwalającą naprawdę dobrze je prowadzić. Sama liczba niczego nie mówi. Znacznie ważniejsze jest to, ile roślin mieści się w naszym prawdziwym życiu.

Zostaw margines na katastrofę

Jest jeszcze coś, czego długo nie brałam pod uwagę. Kolekcja powinna mieć pewien margines bezpieczeństwa.

Jeżeli jestem w stanie zajmować się trzydziestoma roślinami tylko wtedy, kiedy wszystkie są zdrowe, pogoda zachowuje się przyzwoicie, żadna nie wymaga pilnego przesadzenia, szkodniki wyjechały na urlop, a moje życie przebiega dokładnie według planu, to być może wcale nie jestem w stanie zajmować się trzydziestoma roślinami.

Trzeba pamiętać o tym, że prędzej czy później coś się wydarzy. Zachorujemy, trzeba będzie wyjechać, przyjdzie fala upałów, pojawi się szkodnik albo kilka roślin jednocześnie uzna, że właśnie dziś jest znakomity dzień na kryzys korzeniowy.

Dobra wielkość kolekcji to chyba taka, przy której pozostaje nam jeszcze trochę czasu i energii na sytuację pod tytułem: „O cholera, trzeba się tym dzisiaj zająć”.

I nie wszystkie rośliny kosztują nas tyle samo uwagi. Dwadzieścia dorosłych, zdrowych ćmówek rosnących w podobnych warunkach może wymagać mniej zachodu niż dziesięć roślin, z których trzy są siewkami, dwie właśnie straciły korzenie, jedna jest świeżo sprowadzona, a najdroższa od tygodnia robi coś, czego nie potrafimy zinterpretować.

Liczba doniczek to bardzo niedoskonała jednostka miary.

A co będzie za pięć lat?

Jest jeszcze jeden powód, dla którego coraz bardziej podoba mi się myśl, żeby nie wypełniać kolekcji po brzegi.

Niedosyt.

To, co dzieje się obecnie w hodowli ćmówek, właściwie nie tyle się rozwija, ile galopuje. Dotyczy to zarówno popularnych hybryd, jak i coraz bardziej wyszukanych krzyżówek novelty. Każdego roku pojawiają się nowe kombinacje cech, nowe linie hodowlane i rośliny, przy których nasze dzisiejsze „już naprawdę niczego więcej nie potrzebuję” może za kilka lat zabrzmieć dość zabawnie.

Jeżeli dziś kupię dwadzieścia pięknych ćmówek i wykorzystam dla nich całą dostępną przestrzeń, co zrobię za pięć lat, kiedy zobaczę dziesięć następnych, które zachwycą mnie jeszcze bardziej?

Dostawię kolejny regał? Zacznę upychać doniczki pomiędzy innymi? A może będę pozbywała się zdrowych roślin, które kilka lat wcześniej również miały zostać ze mną na długo, tylko dlatego, że pojawiło się coś nowszego?

Może więc dobra kolekcja powinna mieć wolne miejsce nie tylko dla rosnących roślin, lecz także dla naszych przyszłych zachwytów.

Co więcej, niedosyt ma bardzo praktyczną zaletę: podnosi poprzeczkę. Kiedy mamy trzy wolne miejsca zamiast trzydziestu, przestaje wystarczać „ładna”. Nawet „bardzo ładna” może nie wystarczyć. Pojawia się pytanie, czy właśnie na tę roślinę chcemy przeznaczyć jedno z miejsc, które zachowujemy również dla storczyków, których jeszcze nawet nie widziałyśmy.

Trzy wolne miejsca mają tę zaletę, że bardzo skutecznie podnoszą wymagania. Skoro nie możemy mieć wszystkiego, zaczynamy wybierać naprawdę dobrze.

Chciałabym zobaczyć je za kilkanaście lat

Często myślę o tym, że bardziej niż kolejnych kilkudziesięciu roślin chciałabym doczekać się tych, które już mam. Nie chodzi o to, żeby kupować mniej. Chodzi o to, żeby wybierać tak, by mieć czas doczekać się tego, co już mamy.

Chciałabym zobaczyć kilkunastoletnie ćmówki w świetnej kondycji. Z pięknymi liśćmi, masą zdrowych korzeni i obfitym kwitnieniem, które nie jest heroicznym wysiłkiem osłabionej rośliny, tylko czymś, na co dojrzały, silny storczyk zwyczajnie może sobie pozwolić.

Młodą ćmówkę można kupić. Starej, pięknej rośliny trzeba się doczekać.


Ta sama kobieta i ten sam storczyk w dwóch momentach życia: jako młoda roślina po zakupie oraz po kilkunastu latach uprawy, gdy stał się dużym, obficie kwitnącym okazem.
Młodą ćmówkę można kupić. Starej, pięknej rośliny trzeba się doczekać. Z czasem zaczynamy kolekcjonować nie tylko rośliny, lecz także ich historię.

 

Nie da się zamówić kurierem dziesięciu lat wspólnej historii. Trzeba przez te dziesięć lat podlewać, obserwować, czasem popełnić błąd, wyciągnąć z niego wnioski, przesadzić, poczekać na kolejny korzeń i cieszyć się z kolejnego kwitnienia.

Być może właśnie wtedy kolekcjonowanie zaczyna znaczyć coś zupełnie innego. Na początku kolekcjonujemy rośliny. Z czasem możemy zacząć kolekcjonować ich historię. Tego chciałabym nauczyć własne chciejstwo.

Nie zamierzam go zabijać. Byłoby mi go nawet trochę żal. To przecież ono każe mi zaglądać do hodowców, poznawać nowe krzyżówki, zachwycać się kwiatami i zastanawiać, co może wyrosnąć z połączenia dwóch niezwykłych rodziców. Bez niego część przyjemności z hobby po prostu by zniknęła. Chciałabym je tylko trochę wychować. Nauczyć, że nie każda piękna ćmówka musi być moja. Że czasami można popatrzeć, pozachwycać się i pójść dalej. Że puste miejsce na parapecie nie jest problemem wymagającym natychmiastowego rozwiązania. I że odrobina niedosytu nie jest stratą.

Jest obietnicą.

Bo przecież za rok, za pięć czy za dziesięć lat pojawią się rośliny, o których dzisiaj nie mamy pojęcia. A te, które już stoją w naszym domu, w tym samym czasie mogą zmienić się w okazy, o jakich dziś dopiero marzymy. Dlatego może przed następnym zakupem warto zadać sobie nieco inne pytanie.

Nie: czy zmieści się jeszcze jedna doniczka?

Tylko:

czy w moim życiu zmieści się jeszcze jedna roślina?

A jeśli odpowiedź brzmi „nie”, nic straconego. Można przecież popatrzeć, pozachwycać się i zostawić sobie odrobinę niedosytu.

Warto zostawić miejsce na przyszłe zachwyty.


Starsza kobieta siedzi wieczorem przy swoich dojrzałych storczykach i kocie, a na parapecie pozostaje wolne miejsce zaznaczone świetlistym konturem przyszłej rośliny.
Nie każde puste miejsce trzeba natychmiast zapełnić. Czasem warto zostawić je dla rośliny, o której istnieniu jeszcze nawet nie wiemy.