Jest pewien etap rozwoju storczykarza, którego nie znajdziemy w żadnym podręczniku uprawy. Nie ma go również w opisach rodzaju Phalaenopsis, choć występuje zadziwiająco regularnie. Zaczyna się niewinnie: człowiek kupuje pierwszego storczyka, najczęściej tam, gdzie zamierzał kupić coś zupełnie innego. Wychodzi po masło, wraca z Phalaenopsis. Roślina jest różowa, ogromna, ma dwa pędy i etykietkę „Phalaenopsis MIX”, która wprawdzie zdradza rodzaj, ale w kwestii personaliów zachowuje dyskrecję godną programu ochrony świadków. Ale początkującemu to nie przeszkadza. Storczyk mu się podoba.
Potem zaczyna się edukacja. Człowiek odkrywa, że nie każdy Phalaenopsis jest „falkiem”, że istnieją gatunki botaniczne, sekcje, synonimy, naturalne siedliska, zapylacze, pierwsze opisy i całe genealogie hybryd. Poznaje violacea, bellina, equestris, lueddemanniana. Zaczyna odróżniać rzeczy, które pół roku wcześniej wyglądały dla niego identycznie. Czyta, szuka, uczy się. To jest najpiękniejszy moment każdego hobby, bo świat, który wydawał się niewielki, nagle otwiera kolejne drzwi.
Niestety czasami za jednymi z tych drzwi stoi Snob.
Snob jest stworzeniem subtelnym i długo pozostaje niezauważony. Początkowo tylko szepcze, że może ten bezimienny Phalaenopsis z supermarketu nie jest już dostatecznie interesujący. Później sugeruje, że prawdziwy kolekcjoner powinien właściwie interesować się czymś bardziej ambitnym. W końcu człowiek patrzy na cudzy parapet pełen kolorowych hybryd i zaczyna odczuwać coś pomiędzy pobłażaniem a troską o poziom intelektualny społeczeństwa.
Wtedy właśnie hobby osiąga stadium, w którym różowy Phalaenopsis za 39,99 zł staje się zagrożeniem dla kultury wysokiej.
Konik nie czytał przewodnika Michelin
Z jedzeniem jest podobnie. Można uwielbiać znakomite crème brûlée, docenić konsystencję kremu, prawdziwą wanilię i tę idealnie cienką warstwę karmelu, którą trzeba przełamać łyżeczką. Można wiedzieć, dlaczego deser wyszedł dobrze, i rozpoznać taki, który wyszedł źle.
A potem można pojechać na odpust i kupić cukrowego konika. Konik nie ma subtelnego bukietu smakowego, nie zawiera tahitańskiej wanilii i nikt nie układał go pęsetą na ręcznie wykonanej ceramice. Jest kawałkiem kolorowego cukru na patyku i nawet przez chwilę nie udaje, że jest czymś innym.
Tyle że czasami człowiek ma ochotę właśnie na niego.
Dojrzałość kulinarna nie polega przecież na tym, że po pierwszym dobrym crème brûlée tracimy prawo do lizania cukrowego konika. Przeciwnie: może polega właśnie na tym, że wiemy, czym różnią się te dwie rzeczy, a mimo to potrafimy czerpać przyjemność z obu. Ze storczykami działa to dokładnie tak samo.
„Marketowiec”, czyli roślina, która popełniła grzech sukcesu
Słowo „marketowiec” zrobiło w świecie storczyków osobliwą karierę. Formalnie oznacza po prostu roślinę kupioną w masowej sprzedaży, ale bywa wypowiadane tonem zarezerwowanym dla plastikowych mebli ogrodowych i kawy rozpuszczalnej.
Marketowiec jest pospolity, nie ma nazwy i jest wszędzie. Wszystko prawda. Tylko że warto się zastanowić, dlaczego jest wszędzie.
Bo ten wielkokwiatowy Phalaenopsis stojący dziś pomiędzy bananami a promocją na proszek do prania jest jednym z najbardziej spektakularnych sukcesów współczesnego ogrodnictwa. Nie wyrósł tam spontanicznie.
Za jego banalnością stoi potężna praca hodowlana. Przez kolejne pokolenia wykonywano krzyżowania i oceniano potomstwo, wybierając rośliny o pożądanych cechach. Hodowców interesowały między innymi wielkość, kształt, barwa i liczba kwiatów, ich trwałość, budowa pędów, zwarty pokrój rośliny, termin kwitnienia czy zdolność do dobrego wzrostu w warunkach produkcyjnych i domowych.
Z całej armii potomstwa wybierano nielicznych szczęśliwców. Ten tak. Ten nie. Ten ciekawy. Ten ma fatalny pokrój. A tego zostawmy i zobaczmy, co zrobi.
Potem trzeba było jeszcze nauczyć się wybrane rośliny skutecznie rozmnażać. Do gry weszły laboratoria, kultury in vitro i techniki pozwalające namnażać wartościowe klony na ogromną skalę. Trzeba było opracować warunki prowadzenia roślin, sterowania ich wzrostem i kwitnieniem, a wreszcie sprawić, żeby tysiące egzemplarzy można było wyprodukować, zapakować, przewieźć i sprzedać.
I właśnie tutaj wydarzyła się rzecz przewrotna: sukces hodowców był tak wielki, że odebrał ich dziełu prestiż.
Gdyby podobny Phalaenopsis był trudny do zdobycia i kosztował dwa tysiące złotych, zapewne oglądalibyśmy go z nabożeństwem. Ponieważ stoi w każdym markecie za kilkadziesiąt złotych, przestaliśmy dostrzegać, jak niezwykłym osiągnięciem jest fakt, że w ogóle może tam stać. To trochę tak, jakbyśmy uznali chleb za mało interesujący dlatego, że piekarze nauczyli się go dobrze piec.

Paradoks rośliny za 39,99
Jeszcze nie tak dawno storczyki były roślinami drogimi, kapryśnymi i kojarzonymi przede wszystkim ze szklarniami kolekcjonerów. Dziś Phalaenopsis należy do najważniejszych storczyków doniczkowych na świecie. Produkcja liczona jest w milionach egzemplarzy, a roślina kwitnąca miesiącami, z kilkunastoma wielkimi kwiatami, może kosztować tyle co niezbyt wystawny obiad.
To nie jest dowód na jej bezwartościowość. To jest dowód na to, jak niewiarygodnie skuteczna stała się hodowla.
Marketowy Phalaenopsis popełnił więc grzech niewybaczalny w świecie dóbr kolekcjonerskich: stał się dostępny. A przecież dostępność nie kasuje historii, która do niej doprowadziła.
Natura selekcjonuje. Człowiek również
Oczywiście gatunek botaniczny jest czymś zupełnie innym. Kiedy patrzymy na Phalaenopsis violacea, możemy pytać, dlaczego jego kwiat ma określoną budowę, dlaczego pachnie, jakie znaczenie mają kolor i pora wydzielania zapachu, z jakimi organizmami pozostaje w relacjach i jakie warunki środowiska kształtowały jego przodków. To fascynująca historia pisana przez ewolucję.
Natura prowadzi selekcję od milionów lat i, trzeba jej oddać sprawiedliwość, ma znacznie więcej cierpliwości niż przeciętny hodowca. Nie prowadzi katalogu, nie ma laboratorium, nie zapisuje wyników krzyżowań w Excelu i nigdy nie powiedziała: „spróbujmy jeszcze raz, tylko tym razem z violacea”. A jednak selekcjonuje.
Tyle że historia hybrydy również nie jest pusta. Tam, gdzie w naturze selekcjonuje środowisko, w hodowli część tej roli przejmuje człowiek. Wybiera rośliny, łączy cechy, ocenia potomstwo, odrzuca przeciętne siewki i zatrzymuje tę jedną, przy której nagle przestaje pić kawę, bo właśnie zobaczył coś, czego się nie spodziewał.
Do tego potrzebna jest wiedza. I to niemała. Hodowca musi znać materiał, z którym pracuje, obserwować sposób dziedziczenia cech, znać możliwości i ograniczenia krzyżowania, radzić sobie z różnicami ploidalności i płodnością potomstwa, a jednocześnie pogodzić się z tym, że genetyka ma własne poczucie humoru i nie podpisała z nim umowy o współpracy.
Współczesna hodowla korzysta przy tym nie tylko z tradycyjnego krzyżowania i selekcji. Ma do dyspozycji kultury in vitro, poliploidyzację, mutagenezę, zmienność somaklonalną, a coraz częściej również narzędzia biologii molekularnej. Można tych efektów nie lubić, ale trudno uczciwie twierdzić, że nie stoi za nimi wiedza.
A pod spodem siedzi violacea
Jest w pogardzie wobec hybryd jeszcze jedna rzecz szczególnie zabawna. Hybrydy Phalaenopsis nie zostały przecież zbudowane z klocków Lego. Na początku ich historii były gatunki botaniczne — te same, które kolekcjoner może dziś trzymać w gablocie i przedstawiać gościom tonem sugerującym, że oto za chwilę zobaczą relikwię Świętego Graala.
W rodowodach współczesnych hybryd znajdziemy Phalaenopsis amabilis, aphrodite, schilleriana, stuartiana, equestris, violacea i wiele innych gatunków. Nie każdy współczesny Phalaenopsis ma oczywiście wszystkich tych przodków. Poszczególne linie hodowlane powstawały inaczej, a różne gatunki wnosiły do nich różne cechy.
Szczególnie ważną rolę odegrały między innymi P. amabilis i blisko z nim spokrewniony P. aphrodite, które znalazły się u podstaw wielu linii wielkokwiatowych białych Phalaenopsis. Inne gatunki wnosiły barwę, wzory, zapach, rozgałęzianie pędów, wielkość kwiatów albo określony pokrój.
Pokolenie za pokoleniem ich geny wędrowały przez kolejne krzyżowania, mieszały się, ujawniały i znikały, aż po wielu latach ich daleki potomek wylądował w foliowym rękawie z kodem kreskowym.
Można oczywiście uznać, że po drodze stracił subtelność dzikiego gatunku. Często stracił. Ale dostał coś innego: ogromne kwiaty, trwałość, łatwość uprawy, zdolność do obfitego kwitnienia i odporność na człowieka, który raz go przesuszy, raz przeleje, a na wakacje zostawi pod opieką szwagra.
To też są cechy. Tylko selekcjonowane w innym celu.
Najpierw „jaki śliczny”, potem zaczyna się katastrofa
Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie lubię patrzenia z góry na początkujących właścicieli bezimiennych hybryd. Właśnie od nich bardzo często wszystko się zaczyna.
Pierwszy Phalaenopsis jest po prostu ładny. Przy drugim człowiek zauważa, że jeden ma inne liście. Przy trzecim odkrywa, że któryś pachnie. Potem dowiaduje się, że storczyki mają gatunki, gatunki mają siedliska, hybrydy mają rodziców, a rodzice kolejnych rodziców.
I robi się źle.
Jeszcze niedawno normalny człowiek oglądał wieczorem serial. Teraz siedzi o pierwszej w nocy nad rodowodem jakiejś hybrydy, cofa się siedem pokoleń i triumfalnie odkrywa:
— AHA! Wiedziałem, że tam gdzieś siedzi violacea!
Rodzina śpi. Pies śpi. Normalni ludzie śpią. On właśnie sprawdza opady na Borneo.
Tak powstaje kolekcjoner. I bardzo możliwe, że całą tę katastrofę zapoczątkował Phalaenopsis Mix za 39,99 zł.
Wiedza jest cudowna. Piedestał trochę mniej
Im więcej wiemy o roślinach, tym ciekawsze się stają. Wiedza pozwala zobaczyć rzeczy, których wcześniej nie dostrzegaliśmy. Mały kwiat przestaje być po prostu małym kwiatem, zapach staje się wskazówką, budowa warżki zaczyna mieć sens, a kolor przestaje być wyłącznie kolorem. To jedna z największych przyjemności tego hobby.
Ale wiedza ma pewien skutek uboczny, przed którym warto się czasem zaszczepić. Może człowieka postawić na piedestale.
A z piedestału bardzo dobrze widać cudze marketowce. Gorzej natomiast widać własny nos.
Nie ma nic złego w kolekcjonowaniu wyłącznie gatunków botanicznych. Nie ma nic złego w uznaniu, że wielkokwiatowe hybrydy są nudne. Nie ma nawet obowiązku lubienia cukrowych koników. Gust jest prywatny.
Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy zdanie „mnie to nie interesuje” niepostrzeżenie zamienia się w „to nie jest interesujące”.
To nie jest to samo.
Gust jest gustem. Nie habilitacją
To dość częsta przypadłość koneserów. Człowiek zdobywa wiedzę, rozwija gust, uczy się dostrzegać niuanse, po czym niespodziewanie dochodzi do wniosku, że wraz z wiedzą otrzymał również uprawnienia do certyfikowania cudzej przyjemności.
Nie otrzymał.
Wiedza pozwala nam rozumieć więcej. Nie daje prawa do cieszenia się bardziej.
Ktoś może mieć szklarnię pełną botanicznych rarytasów i ogromną wiedzę, a ktoś pięć bezimiennych Phalaenopsis na parapecie. Ktoś kolekcjonuje wyłącznie pachnące, ktoś miniatury, ktoś peloriki, choć pół internetu będzie wzdychać, a ktoś kupi roślinę wyłącznie dlatego, że jest obłędnie różowa.
I jeśli za każdym razem, kiedy pojawia się nowy pąk, biegnie rano zobaczyć, czy już się otworzył, trudno mi powiedzieć, że jego radość jest mniej prawdziwa.
Możemy różnić się wiedzą, gustem i znajdować się w zupełnie innych miejscach tej samej drogi. Ale pasji nie mierzy się liczbą łacińskich nazw przypadających na metr parapetu.

Poproszę crème brûlée. I konika też
Nie zamierzam więc wybierać. Chcę poznawać gatunki botaniczne, ich siedliska, ewolucję, zapylaczy i historie odkrycia. Chcę wiedzieć, dlaczego kwiat wygląda właśnie tak i jaką funkcję pełni cecha, która na pierwszy rzut oka wydaje się jedynie ozdobą.
Ale chcę również oglądać hybrydy i zastanawiać się, skąd dostały kolor, kształt czy zapach. Chcę zaglądać w ich rodowody, śledzić dziedziczenie cech i podziwiać pracę ludzi, którzy przez dziesięciolecia stworzyli rośliny, o jakich wcześniejsi hodowcy mogli tylko marzyć.
A jeśli po drodze spotkam Phalaenopsis bez nazwy, bez rodowodu i bez najmniejszej wartości kolekcjonerskiej, za to tak piękny, że będę chciała go mieć — kupię go. Nawet w markecie. Nawet za 39,99.
Crème brûlée nie przestanie przez to być crème brûlée, Phalaenopsis violacea nie obrazi się śmiertelnie, a moje kompetencje storczykowe raczej przeżyją ten skandal. Można doskonale wiedzieć, że cukrowy konik jest kulinarnie prymitywny, i zjeść go z przyjemnością.
Bo może właśnie na tym polega luksus posiadania własnego gustu: nie na tym, że umiemy wybrać rzecz najbardziej wyrafinowaną, lecz na tym, że nie potrzebujemy niczyjego pozwolenia, żeby czasem wybrać konika.